Wyszukiwarka:
Warto przeczytać

O pocieszeniu, jakie przynosi perspektywa śmierci

2012-11-01

News

"Korowód makabryczny"
O pocieszeniu, jakie przynosi perspektywa śmierci
(zaduma eschatologiczna)

Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono… (Koh 3, 1-2).


I.

Powtarzają filozofowie: z faktu, że wszyscy dotychczas żyjący ludzie umarli nie wynika wcale – wedle prawideł logiki – że i my umrzemy. Można się rozumowaniem tym pocieszać. Można, choć doprawdy chyba niewielu ma odwagę, tupet, czelność to czynić. Bo to w gruncie rzeczy karmić się iluzją, a iluzją najeść się specjalnie nie da. Swoją drogą: marna to pociecha – logika. Pretendując do miana naszej przyjaciółki, oznajmia nam wszakże to, co chcemy słyszeć i co mile pobrzmiewa w naszych uszach, wzbudzając w nas jakąś tylko imitację, na domiar złego: tandetną imitację autentycznej nadziei. Ulegnięcie atoli jej powabowi równać się musi ze sromotną katastrofą, rozpaczą czy wręcz desperacją, jako że nasza egzystencja wcale logiczna nie jest, a skoro tak, to i – wątpić o tym zbytnio nie trzeba – logice się nie podporządkuje i jej nie wysłucha. Raczej podpowiada nam, ot, zupełnie szczerze, iże kiedyś, może szybciej, może później, ale z pewnością wszystko się skończy; tak, dla każdego z nas w pewnym momencie, w innym momencie, w nieprzewidywalnym momencie świat się skończy, lecz dla innych pozostanie. Taki już nasz rachityczny los, taka nasza nędzna dola. Gdy bowiem się rodzimy, zapadamy, niestety, na nieszczęsną i jak do tej pory nieuleczalną, śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową, co zowie się życiem. Rodzimy się po to, by umrzeć. Żałosna to perspektywa. Żyjemy po to, by umrzeć. Cierpimy po to, by umrzeć. Walczymy po to, by umrzeć, by zostać pokonanym, by ponieść klęskę; tak, zawsze klęskę: gloria victis, chwała pokonanym. Słowem, tragikomedia.

Dobrze wiedziało o tym ciemne i głupie średniowiecze, wiedział o tym napuszony i zdałoby się, że nad życie kochający życie i jego przyjemności i uciechy przepyszny barok – że trzeba umrzeć. Dla nas – toczonych wartką rzeczywistością dwudziestopierwszowieczną, wśród których dokonuje się (właściwie chyba samoistnie, samorzutnie, a przynajmniej niezależnie od nas) ustawiczna selekcja osobników najwytrwalszych, najsilniejszych, najzdrowszych, a zatem nic innego, jak brutalna walka o byt, prym przyznająca (nie dziwi to jakoś wcale) ludziom młodym, atrakcyjnym, gładkim, prężnym, pełnym wigoru, pomysłów, energii, polotu i tychże przy każdej sposobności faworyzująca – dla nas wiedza to nieomal ezoteryczna, tajemna. Boimy się śmierci. Lękamy się śmierci. Od śmierci uciekamy. Kto gotów umierać? Hołdujemy młodości, jej błogosławimy. Ku czci młodości deklamujemy ody, młodość prędko i chętnie rozgrzeszamy. Poważyłby się kto jeszcze dziś zatańczyć w owym szalonym kręgu wespół z obleśnym, acz promiennie i wcale serdecznie uśmiechniętą kostuchą, kościotrupem nadgryzanym już przez zniecierpliwione robactwo? Śmiałby kto jeszcze defilować w pochodzie, na którego przedzie stąpa nieugięta śmierć, a zaraz za nią na poły zgnili ci, co zostali przez nią nawiedzeni i przez nią dotknięci? Tylko chyba jaki niespełna rozumu nieborak…

Taka tymczasem nasza przyszłość, taka meta życia: w ramionach bezwzględnej śmierci, w zimnym uścisku śmierci. I na nic zda się logika. Nic tu nie poradzi i nijak pomoże bunt: umrzeć musi każdy człowiek żywy. Przecież: „Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono […]” (Koh 3, 1-2).

II.

W obliczu takiej, jakkolwiek by nie mówić – przykrej konstatacji pewnie najrozmaitsze przyjąć da się postawy. Można też po prostu, całkiem normalnie, zwyczajnie śmierć zaakceptować jako jeden z elementów czy momentów życia, jako drugą a nieuniknioną, nieodłączną, konieczną nawet stronę życia. I prawdopodobnie często tak właśnie się dzieje – paradoksalnie, gdyż wielce obawiamy się śmierci, a zarazem na nią się godzimy, na jej obecność między nami przystajemy. Życie i śmierć wszelako istotnie sprzężone są ze sobą; to dwa oblicza jednej rzeczywistości, jednego fenomenu, w którym mimowolnie głęboko jesteśmy zanurzeni, w którym, chcąc nie chcąc, broczymy. Na nic zda się przeto oponowanie; stać się wobec śmierci dojrzałym, dorosłym, to jest apatycznym, osowiałym, zdystansowanym, stać się na śmierć niewrażliwym, nie pozwolić jej wprowadzić siebie w stan co najmniej dziwnej jakiejś konfuzji, konsternacji, niepewności, stać się na śmierć otwartym, na śmierć gotowym – oto propozycja, szczerze powiedziawszy, trafna, całkiem zdroworozsądkowa, przekonywająca, oto recepta. Bo: „[…] Mędrcy umierają, tak jednakowo ginie głupi i prostak, zostawiając obcym swoje bogactwa” (Ps 49[48], 11). Toteż jedynie pogodzenie się ze swoją przyszłością, z naturalną koleją wypadków, uwzględnienie, wkalkulowanie powolnego, stopniowego, konsekwentnie postępującego umierania i wreszcie agonii w swoich małodusznych, drobnomieszczańskich obliczeniach i rachubach przyniesie niewątpliwie wymierną korzyść – wyzwolenie mianowicie z fatalizmu, z myślenia o śmierci w kategoriach tylko i wyłącznie katastroficznych, potęgujących dojmujące poczucie dezorientacji. W ten sposób krystalizuje się osobliwy, beznamiętny modus funkcjonowania po tej stronie życia. Azali funkcjonowanie to nazwać można jeszcze życiem? Czyż na miano życia zasługuje powolne, ociężałe, smętne podążanie ku śmierci, śmierci ustawiczne wyczekiwanie?

Cóż przynosi takowa perspektywa…? Spokój, tylko spokój, nic poza tym; spokój, który niczym balsam, tak przynajmniej się wydaje, kojąco, uzdrawiająco działa na nasze strwożenie, na nasze strachy i obawy – tylko spokój (a spokój zazwyczaj bywa niespokojny, złowróżbny, zwiastujący totalny, hałaśliwy chaos). Jestem niczym: stężeniem atomów czy cząsteczek, stężeniem, co w każdym nieomal momencie może rozprysnąć, rozbryznąć się, runąć; człekokształtną istotą – tym dla mnie gorzej – myślącą; żałosnym wykwitem oszalałej w swym rozpędzeniu ewolucji; głupią igraszką w rękach potężnego fatum i jeszcze potężniejszego, więcej – wszystko mogącego przypadku; krótkim aktem, ledwie zauważalną odsłoną w wielkim dramacie brutalnego wszechistnienia; jestem niczym, z nicości wstałem i prędzej czy później do nicości wrócę, w niej się rozmyję, rozpłynę. Nic mnie nie czeka, czeka mnie nic: nicość i pustka, zginę w próżni. „[…] Prochem jesteś i w proch się obrócisz!” (Rdz 3, 19). Jednakowoż takie przyzwolenie śmierci na bycie śmiercią okazuje się koniec końców niebezpieczne, zgubne, ponieważ zwraca się wreszcie, i to ostrą kontrą, przeciwko życiu. Skoro śmierć przynosi ulgę, to tym wcześniej winienem z nią się zaślubić – ze śmiercią dobrą, ze śmiercią delikatną i subtelną, ze śmiercią humanistyczną, higieniczną; winienem zamknąć moje powieki już na stałe. Szczęśliwe rozwiązanie!

Egzystujemy tedy w dramatycznym klinie: między frenetycznym pragnieniem śmierci jako oswobodzicielki z okowów życia, z więzienia, niewoli życia, z bólu życia a odruchowym, bezwarunkowym, niezupełnie kontrolowanym czy nie w pełni uświadomionym usiłowaniu – rzecz nad wyraz jasna, że bezskutecznym – prymitywnego, instynktownego, z chęci przedłużenia naszego nieszczęśliwego gatunku wynikłego z bezwzględnych i mocnych objęć śmierci się wyrwania.

III.

Perspektywa ludzka, od człowieka pochodząca, przezeń misternie, kunsztownie nawet skonstruowana, nie daje nic, absolutnie nic. Jest atoli perspektywa, która daje wszystko, która perspektywę li tylko ludzką ściera w pył, w mak, radykalnie ją miażdży, taranuje, która perspektywę ludzką bez krępacji, bez pardonu rozrywa – to genialna perspektywa, gdyż Boża to perspektywa. Rozświetla ona mroki naszego bytowania, bo przynosi nadzieję, autentyczną nadzieję, stanowczą, choć chwiejną (aż dziw bierze, że trwa) nadzieję („A nadzieja zawieść nie może […]” [Rz 5, 5]): że mamy Ojca, dobrego Ojca, któremu nie jesteśmy obojętni, który w swej szczodrobliwości i łaskawości o nas się troszczy i stara, który nas cudownie przyodziewa, który podaje nam to, czego akuratnie potrzebujemy i który miłosiernie przebacza nam winy i grzechy, i leczy nas, ilekroć oddalamy się od Niego, a potem doń poturbowani, poranieni, krwawiący, ropiejący wracamy; że mamy pięknego Pasterza, który prowadzi nas po ścieżkach właściwych i wiedzie nas na żyzne, zielone pastwiska i do wód żywych, który nas, swe owce zbłąkane, owce czarne, wytrwale szuka i nie ustaje dopóty, dopóki nie znajdzie, który bezgranicznie nas kocha, kocha tak dalece, iż dla nas pozwala sobie rozciągnąć, rozpiąć na krzyżu ramiona aż po straszliwy okrzyk „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46), będący świadectwem niepojętego, niemożebnego do wyobrażenia sobie wewnątrzboskiego rozdarcia – ona: perspektywa niepojęta i zawsze większa, skandaliczna, gorsząca, bo niesłychanie trudna do przyjęcia, a już tym bardziej do naśladowania w naszym systemie zorganizowanym podług prawideł bezdusznej niejednokrotnie sprawiedliwości: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi” (Iz 55, 8-9); „O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga. Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi. Kto bowiem poznał myśl Pana albo kto był Jego doradcą?” (Rz 11, 33-34).

Panie mój, „[…] ja zaś nadzieję pokładam w Tobie” (Ps 55[54], 24), tak, Tyś moją nadzieją, Ty jeden: Bóg nad bogami, który dajesz zbawienie, Bóg żywy, słyszący i cierpliwie wysłuchujący, pochylający się nad moimi potrzebami i mnie rozumiejący, który władasz ponad bożkami ze złota i srebra, co wprawdzie mają uszy, ale mnie nie słyszą i mają oczy, ale mnie nie widzą. Nadzieja ta – Panie, Ty sam nią jesteś! – stanowi dla mnie źródło również eschatologicznej, ostatecznej pociechy: rozjaśnia mroki mojego konania i bezdenny mrok mojej śmierci. „Moja nadzieja, że śmierć niczego we mnie nie skończy. […] Moja nadzieja, że śmierć początkiem nowego życia. […] Moja nadzieja, że śmierć jest krokiem w światło i wieczność” (Z. Książek). Z tej potężniejącej, eskalującej się nadziei rodzi się, wykuwa się, wykształca się moja wiara, nie, ta nadzieja jest wiarą (por. Hbr 10, 22-23; 1P 3, 15 oraz Benedykt XVI, SS 2): że śmierć, owo zaśnięcie w oparach goryczy, z posmakiem gorzkości w ustach, która zawsze znamiona niesie druzgoczącego fiaska, która niezmiennie zjawia się, przychodzi za wcześnie, zbyt nagle, niespodziewanie, która wyrywa z zawsze, jak się okazuje, mimo wszystko, mimo najrozmaitszych problemów i przeszkód jednak wygodnego rozsadowienia się w życiu, że taka co najmniej okrutna śmieć jest w istocie pocałunkiem samego Boga, pocałunkiem wybudzającym, cucącym do życia, że w niej jest Bóg; że śmierć ma sens (przede mną na co dzień skryty), że w niej niezasłużenie zyskuję wszystko, że jest przejściem do lepszego życia, że jest intensyfikacją życia, że jest zawiązaniem, zadzierzgnięciem intymnej, możliwie najściślejszej, by nie powiedzieć jednoczącej, utożsamiającej, więzi, komunii, przyjaźni z Bogiem, antycypowanej już tu, już teraz („W nadziei […] już jesteśmy zbawieni” [Rz 8, 24]), która kiedyś dopiero objawi się, nastąpi w pełni. Wierzę, że moją ostatnią rzeczą jest Bóg, tylko Bóg – nie sąd, nie czyściec, nie niebo, nie piekło, lecz Bóg, to znaczy Osoba, Bóg, który jest miłością. Z nim nic złego spotkać mnie nie może. „[…] Od Niego pochodzi moja nadzieja” (Ps 62[61], 6) i moja pociecha na horyzoncie mojego życia.

W przeciwnym bowiem wypadku cóż by mi zostało?


dk. Łukasz Libowski


Ilustracja ikonograficzna: Frantisek, Danse macabre, 1896.

Ilustracja muzyczna: Dorota Jarema, Psalm mojej nadziei, tekst – Zbigniew Książek, muzyka – Piotr Rubik (http://www.youtube.com/watch?v=QCjLwJmy4nI, 30 X 2012).

Pozostałe tematy
Aktualności

Apel - ofiar 1945!

Na terenie Śląska w pierwszych miesiącach 1945 roku zamordowano wielu księży, sióstr zakonnych oraz ujawniono heroiczne postawy ludzi świeckich. Apelujemy o uzupełnienie listy ofiar na naszej ziemi w 1945 r. (do końca listopada br.). Podajcie imiona i nazwiska - datę śmierci - miejsce + literaturę! Piszcie na adres: jkochel@uni.opole.pl lub Facebooka czy Twittera; ostatnio dodane poniżej; zob. kapłani/

więcej

Lectio divina - lektura Boga

Na naszej stronie trzeba od czasu do czasu przypomnieć - co to jest lectio divina? Jaki jest cel Szkoły Słowa Bożego? Temu m. in. służy "Przewodnik SSB". Kurs Biblijny w Gliwicach również podejmuje to wyzwanie. Polecamy!

więcej
zobacz wszystkie

Liczba wizyt: 2998665

Tweety na temat @Ssb24pl Menu
Menu